O autorze
Kamila Gasiuk-Pihowicz – Posłanka klubu poselskiego .Nowoczesnej. Członkini Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Z wykształcenia prawniczka i ekonomistka. Pracowała w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, a wcześniej w czołowych warszawskich kancelariach prawnych. Aktywna w organizacjach społecznych działających na rzecz tolerancji i dialogu międzykulturowego. Mieszka w Pruszkowie.

Szczyt nadziei

Nieformalny szczyt UE-27 w Bratysławie był wydarzeniem historycznym. Po 43 latach od pierwszego rozszerzenia wspólnot europejskich przy stole po raz pierwszy brakuje jednego członka rodziny. I jasne jest, że to nie chwilowe nieporozumienie, jak francuska polityka „pustego krzesła” w połowie lat 60-tych, tylko nieodwracalna zmiana. Ale rodzina przetrwała. I może z kryzysu wyjść silniejsza. Bratysławski szczyt daje nadzieję na takie rozwiązanie.

Czas refleksji, nie rewolucji

Piątkowe spotkanie europejskich liderów nie zarysowało projektu fundamentalnych reform UE w długim okresie. Ale nie taki był jego cel. Przywódcy UE27 zdecydowali się na „okres refleksji” i bardzo praktyczne kroki, mające na celu rozwiązanie poszczególnych kryzysów i w miarę istniejących mechanizmów sprawienie, aby UE była skuteczna w poszczególnych obszarach. Zadaniem szczytu w Bratysławie było tak naprawdę pokazanie jedności w UE27, a nie kreślenie dalekosiężnych wizji. To przeciwwaga dla głosów różnorakich grup państw (np. Wyszehrad, państwa Południa, Benelux), które spotykają się osobno, a ich deklaracje świadczą o raczej rozbieżnych wizjach.

W UE nikt nie ma ochoty na otwieranie „puszki Pandory” w postaci głębokich reform traktatowych. Przebieg spotkania w słowackiej stolicy jasno wskazuje, że prezes Kaczyński mocno przestrzelił nastroje pozostałych przywódców i nie znajdzie dla swojej wizji sojuszników. Nawet na Węgrzech. Deklarację państw grupy wyszehradzkiej PiS przedstawia w Polsce jako wielkie zwycięstwo wizji silnej współpracy regionalnej. Jednak tak naprawdę pod ogólnikowymi słowami o wzmocnieniu roli państw członkowskich i ich parlamentów mógłby podpisać się każdy. Wyszehrad nie ma wspólnego stanowiska ani żadnej wizji reform UE, tym bardziej państwa naszego regionu nie są gotowe na wzmocnioną solidarność w obronie wzajemnych interesów - niezależnie od tego iloma komplementami obdarzą się Panowie Orban i Kaczyński.

Strefa euro do poprawy

Brak woli (i potrzeby) zmiany traktatów, nie zwalnia jednak państw UE od konieczności przedstawienia praktycznych rozwiązań w kilku kluczowych obszarach. Oprócz kwestii migracyjnych i negocjacji szczegółowych warunków Brexitu, jest to na przykład architektura strefy euro. Przez wiele lat jej model funkcjonowania opierał się na jednej nodze – w pełni skoordynowanej polityce pieniężnej Europejskiego Banku Centralnego. Ponieważ nie towarzyszyła jej skuteczna koordynacja innych polityk ekonomicznych – w tym przede wszystkim budżetowej – żaden z tych mechanizmów nie działał w pełni poprawnie. W korzystnych koniunkturalnie latach 2000’ niskie stopy EBC i tani kredyt odwróciły uwagę od systematycznie spadającej konkurencyjności krajów południa Europy. Kryzys gospodarczy brutalnie obnażył te słabości i zostawił w spadku generację młodych ludzi, wśród których nawet połowa nie ma szans na pracę i jasnej perspektywy przyszłości. To właśnie ten mechanizm stworzył podłoże ekstremizmów i braku zaufania do Europy. Strefa euro potrzebuje zatem silniejszej równowagi i skutecznych mechanizmów współpracy gospodarczej, które wykluczą taki rozwój wydarzeń w przyszłości. To ważne też dla Polski. Strefa euro to dzisiaj nasz najważniejszy partner handlowy, a w dłuższej perspektywie wejście do niej może być ważnym impulsem rozwojowym dla polskiej gospodarki. Pod warunkiem, że będzie sprawnie funkcjonować.

O Brexit. Konkretnie

Negocjacja wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to proces bez precedensu. I warto myśleć o nim pragmatycznie (tak, aby zmaksymalizować korzyści, a nie kumulować emocje) i kreatywnie (nie ograniczając się do istniejących już rozwiązań). Pole możliwości jest spore – od prostego układu o wolnym handlu do nowego modelu integracji - przede wszystkim w przestrzeni ekonomicznej - ale z pewnymi mechanizmami wspólnotowego podejmowania decyzji. Ze względu na siłę samej gospodarki brytyjskiej, jak i siłę powiązań z innymi państwami UE, jasne jest, że nie wystarczy w tych negocjacjach ściągnąć z półki modelu norweskiego, czy szwajcarskiego. Silna obecność Polaków na Wyspach sprawia, że Polsce powinno szczególnie zależeć na obustronnie korzystnym wyniku negocjacji. Ale nie może się to odbyć kosztem przekształcenia Unii Europejskiej w supermarket, w którym każdy ściąga i płaci tylko za produkty, które są mu akurat potrzebne.

Lepiej być w środku

Każdy z fundamentalnych problemów UE dotyczy Polski. Dlatego musimy aktywnie (i kooperatywnie) uczestniczyć w ich rozwiązywaniu. Niestety pod rządami PiS Polska wypadła z wąskiej grupy państw decydującej o tym jak unijne problemy rozwiązać i dołączyła do grona, która je tworzy. Łamiąc fundamentalną dla UE zasadę praworządności, PiS zniszczył zaufanie do Polski, jako stabilnego partnera, zorientowanego na poszukiwanie wspólnych rozwiązań. Odzwierciedleniem tej sytuacji jest rezolucja PE – smutna lektura po 27 latach demokratycznej transformacji. Dokument bardzo konkretnie punktuje zagrożenia ze strony polskich władz wobec polskich obywateli: od Trybunału Konstytucyjnego po wycinkę jednego z najbardziej wartościowych lasów Europy. Nie ma dzisiaj wątpliwości, że Europa nie pozostanie na takie działania ślepa. I że będą one miały wpływ na pozycję Polski w jej ramach, w tym skuteczność w negocjacjach finansowych. Politycy prawicy specjalnie się tym nie przejmują. Sprawiają wrażenie, że chcieliby zatańczyć na grobie Unii Europejskiej. Problem polega na tym, że unijny grób stałby się także szybko grobem polskiej wolności.
Trwa ładowanie komentarzy...